O autorze
Mam „patchworkową” rodzinę, dorastającego syna i przemądrzałego psa. Jestem mezzosopranistką i przedstawicielką gatunku muzycznego classical-crossover, który polega na łączeniu operowego wokalu z popem, jazzem, rockiem, house’m itd. Na świecie robią to Sarah Brightman i Andrea Bocelli. Prowadzę małą firmę producencką. Nagrałam cztery płyty. Wyprodukowałam wiele koncertów (takich jak otwarcie festiwalu „Kręgi Sztuki” w Cieszynie w 2011 roku, czy koncert z okazji 600-lecia Katedry we Włocławku). Nagrałam z „włoskim Rubikiem” Amedeo Minghi hymn na beatyfikację Jana Pawła II pt. „Un uomo venuto da lontano”. Moje utwory można znaleźć na międzynarodowych składankach chilloutowych „Cafe Crishna”i „Hotel St. Tropez”.
W tym roku wszystko, co robię, związane jest z tango nuevo. Promuję z moimi muzykami najnowszą płytę pt. "Piazzolla. Show Me Your Tango" (wyszła pod koniec maja).

Acha! Pochodzę ze Strumienia na Śląsku Cieszyńskim, gdzie funkcjonują dwa wspaniałe chóry. Kocham też Wrocław, gdzie ukończyłam Akademię Muzyczną. Mieszkam w Warszawie. Nie wyobrażam sobie życia bez muzyki, spacerów z psem i… czarnej kawy

Miasto szpiegów i cynamonu – Tallin na weekend

Pod KUMU - estońskim muzeum sztuki współczesnej
Pod KUMU - estońskim muzeum sztuki współczesnej www.izabelakope.eu
Kiedy jechałam do Tallina wiedziałam tylko, że to miasto szpiegów i niskich temperatur. Stolica Estonii pozytywnie mnie zaskoczyła. Zamiast ukradkowych spojrzeń i chłodu spotkałam tam otwartość i gościnność oraz rozgrzewający smak migdałów z cynamonem. Spotkałam też wielu zakochanych w Tallinie Finów i Szwedów, którzy masowo odwiedzają stolicę Estonii w weekendy. Bo rzeczywiście to świetne miasto na krótki odpoczynek po tygodniu ciężkiej pracy.

Moje wyobrażenie o tym północnym nadbałtyckim porcie kształtowała wiedza o dwóch osobach. Pierwszą z nich jest artysta Arvo Pärt, prawdziwa duma Estonii. Jest on bodaj najczęściej granym dziś na świecie żyjącym kompozytorem, a jego sława znacznie przekracza popularność takich wspaniałych twórców jak nasz Krzysztof Penderecki czy Mikołaj Górecki. Muzyka Pärta jest bardzo specyficzna, ascetyczna, kontemplacyjna. Najważniejszą rolę odgrywa w niej głos, według mnie najpiękniejszy ze wszystkich instrumentów ;-)) Pärt tworzy przede wszystkim muzykę chóralną. Taki właśnie chóralny utwór pt. „My heart’s in the highlands” mieliśmy okazję słyszeć w wyświetlanym ostatnio w polskich kinach filmie pt. „Wielkie piękno” (tytuł oryg. „La grande bellezza”). Być może niektórzy zwrócili uwagę na tę przejmującą muzykę, towarzyszącą pierwszym kadrom: My heart's in the highland.

Drugi tallińczyk, o którym wcześniej słyszałam, to Herman Simm, aresztowany w 2008 roku urzędnik estońskiego Urzędu Bezpieczeństwa Narodowego i przedstawiciel Estonii przy NATO, który okazał się… rosyjskim i niemieckim szpiegiem! Simm od 2009 roku odsiaduje 13-letnią karę pozbawienia wolności w specjalnym więzieniu o zaostrzonym rygorze w mieście Tartu. Skazano go za zdradę państwa i szpiegostwo na rzecz obcego wywiadu (SWR). To była bardzo, bardzo głośna sprawa, o której można było przeczytać kilka lat temu w międzynarodowej prasie, a szczególnie dużo pisał o tym czytany u nas w domu tygodnik „The Economist”. Dla Estończyków zdemaskowanie Simma było wyjątkowo bolesne, ponieważ był on jednym z najbardziej doświadczonych i zasłużonych urzędników państwowych, posiadającym wszelkie możliwe certyfikaty bezpieczeństwa i mającym dostęp do wyjątkowo istotnych informacji. W specjalnym raporcie NATO, które musiało zreorganizować wiele procedur po zatrzymaniu Simma, nazwano go „szpiegiem, który wyrządził najwięcej szkód w historii Sojuszu”.

Chyba więc nic dziwnego, że gdy w kilka godzin po przyjeździe do miasta i zameldowaniu się w hotelu odkryłam, że zginęły mi nuty, poczułam się nieswojo… Na szczęście atrakcje miasta pozwoliły mi szybko odwrócić uwagę od lęków związanych ze szpiegowską legendą Tallina...

SPACERKIEM...
Mieszkałam przy ulicy Toompuiestee, tuż przy Starym Mieście, od strony wschodniej. Zaledwie parę kroków dzieliło mnie od Zamku Toompea, który jest siedzibą estońskiego rządu i parlamentu. Spójrzcie na zdjęcie, jaki jest niewielki w porównaniu do naszej siedziby Sejmu albo gmachu Kancelarii Prezesa Rady Ministrów przy Al. Ujazdowskich. Tamtejszy parlament czyli Riigikogu liczy zaledwie 101 członków. To oni wybierają kandydata na premiera, a także wybierają prezydenta. Na wzgórzu Toompea zbudowany został pierwszy gród Estów, który później w XIII został przejęty i rozbudowany przez Zakon Kawalerów Mieczowych, a następnie Zakon Inflancki. Chciałam ten zamek zobaczyć nie tylko dlatego, że ciekawiło mnie, jak wygląda miejsce, z którego zarządza się tym bardzo nowoczesnym krajem, ale również z powodu szpiegowskiej legendy. Otóż, gdy w maju 1990 roku rada Estońskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej (należącej od 1940 roku do ZSRR) zadecydowała o zmianie ustroju oraz nazwy na Republikę Estońską, doszło w Tallinie do gwałtownych zamieszek. Zwolennicy Moskwy chcieli obalić pierwszego premiera niezależnego państwa – Edgara Savisaara. Jak pisze w książce pt. „Podstęp” dziennikarz „The Economist” Edward Lucas, to właśnie Herman Simm ocalił przed publicznym linczem Savisaara i członków jego gabinetu. Ten sam Simm, który 18 lat później został zdemaskowany jako „szpieg, który wyrządził najwięcej szkód”, przeprowadził członków pierwszego estońskiego rządu przez tajny tunel pod zamkiem do portu, żeby stamtąd mogli odpłynąć bezpiecznie do oddalonych o 30 km przez morze Helsinek. Chciałam zobaczyć, gdzie rozpoczęła się niezwykła urzędnicza kariera słynnego szpiega! I zobaczyłam. A potem napięcie już tylko rosło.

Dokładnie naprzeciwko siedziby estońskiego parlamentu i rządu, oddalona dosłownie o 40 kroków, stoi imponujących rozmiarów prawosławna cerkiew – znany wszystkim z estońskich pocztówek Sobór Aleksandra Newskiego. Wzniesiona została pod koniec XX wieku jako symbol rosyjskiej dominacji na tych terenach, która trwała od czasów Iwana IV Groźnego i inwazji na Inflanty i Estonię. Do pięknej cerkwi można wejść z czterech stron – tak aby dostęp do nich mieli Rosjanie przybywający ze wszystkich stron świata. A co ciekawe, południowe wejście sąsiaduje z… rezydencją ambasadora Niemiec! Kamienica, uznawana za jedną z najpiękniej wykończonych w Tallinie, dziś należy bodaj do estońskiego ministerstwa sprawiedliwości (ambasador tylko ją wynajmuje). Wzniesiona na przełomie XVIII i XIX wieku do momentu uzyskania przez Estonię niepodległości zamieszkiwały ją bałtyckie rodziny niemieckie.

Tu krótka dygresja. Najnowsza historia Estonii trochę jest podobna do historii Polski. Kraj wybił się na niepodległość dopiero w 1917 roku (Polska w 1918). Nie miał jednak spokoju, atakowany z jednej strony przez Niemców, z drugiej przez bolszewików. Zwyciężywszy z tymi drugimi w 1920 roku (podobnie jak Polacy w Bitwie Warszawskiej), została wreszcie uznana przez Rosję Sowiecką i społeczność międzynarodową. W czasie II wojny światowej losy Estończyków potoczyły się już nieco inaczej niż Polaków. Okupowana przez Niemcy w latach 1942-44, rozpoczęła częściową kolaborację. Po wojnie natomiast stała się jedną z Socjalistycznych Republik Radzieckich. W trakcie transformacji po 1990 roku Estończycy pozbyli się jednak z życia publicznego niemal wszystkich urzędników z poprzedniego systemu i w ciągu kilkunastu zaledwie lat stali się nie tylko wzorcową demokracją lecz również gospodarczym tygrysem Europy, chwalonym przez prestiżowe ośrodki analityczne oraz gospodarcze media. Po kryzysie, który nadciągnął do Europy w wyniku krachu na amerykańskich giełdach pod koniec 2008 roku, gospodarka Estonii gwałtownie załamała się, a następnie w błyskawicznym czasie odbudowała i wzmocniła. 1 stycznia 2011 roku kraj dołączył do strefy euro. Ponad 90 procent jego powierzchni jest dziś pokryte wi-fi, a dostęp do Internetu jest bezpłatny. Gospodarka oparta na technologiach informatycznych rozwija się bardzo prężnie. A Estończycy fundują sobie kolejne udogodnienia – takie jak np. całkowicie bezpłatna dla mieszkańców komunikacja miejska w Tallinie, czy możliwość brania udziału w wyborach przez Internet.

Na Starym Mieście wartych obejrzenia jest jeszcze kilka miejsc – m.in. dawny ratusz miejski (Raekoda). Charakterystyczny budynek z niewielkimi oknami i wysoką wieżą powstał w XV wieku. W ciągu dnia można tam zjeść średniowiecznego fast-fooda, czyli zupę warzywną, pieczoną kiełbaskę, ogórka kiszonego i suszone mięso. W budynku ratusza mieści się bowiem restauracja szybkiej obsługi III Draakon. Dania podawane są w glinianej zastawie przy drewnianych stołach, w ciemnych salach tego średniowiecznego zamczyska oświetlonych wyłącznie światłem świec. Wizyta w III Draakon może być ciekawym (rozgrzewającym) początkiem wędrówki po Tallinie. Wieczorami Raekoda w inny sposób przyciąga turystów. W dawnym ratuszu, na pierwszym piętrze, do którego prowadzą wąskie kamienne schodki poprowadzone w klaustrofobicznym korytarzyku, znajduje się bardzo przyjemna sala koncertowa, gdzie organizowane są różnego rodzaju imprezy artystyczne. Ja wybrałam się na koncert „Bel Canto” – romantycznych pieśni w wykonaniu młodych estońskich śpiewaków. Oferta artystyczna miasta jest bardzo duża. Koncerty klasyczne odbywają się między innymi leżącej na terenie starówki filharmonii (www.filharmooonia.ee), w operze narodowej (www.opera.ee) czy muzeach, a wydarzenia popowe w fantastycznych nowoczesnych miejscach takich jak Saku Suurhall (Suurhall). Kilka lat temu Tallin był Europejską Stolicą Kultury i niektórzy mogą myśleć, że to od tamtej pory oferta kulturalna miasta jest tak bogata. Autochtoni podkreślają jednak zgodnie, że już wcześniej wydarzeń artystycznych w mieście było bardzo dużo. Estonia słynie ze świetnych festiwali – m.in. Tallin Music Week, Jazzkaar International Jazz Festival, MustonenFest, International Festival of Orthodox Sacred Music CREDO, Tallin Chamber Festival i innych.

Wracając do starówki - mieszkańcy Tallina obowiązkowo każą też obejrzeć Kiek in de Kök – słynną wieżę obronną z XV wieku, z której wartownicy mieli świetny widok nie tylko na zagrożenia nadciągające z zewnątrz, ale również na życie codzienne mieszkańców. Wieża jest tak usytuowana, że można z niej było z łatwością zajrzeć do kuchni mieszkańców tallińskiego grodu (po polsku jej nazwa oznacza – „Zajrzyj do kuchni”).

Ciekawym estetycznym wrażeniem jest też sam spacer wąskimi brukowanymi uliczkami tallińskiej starówki i przechadzka wzdłuż dawnych murów obronnych. Kiedy robi się zbyt chłodno, można zatrzymać się w jednej z wielu knajpek i napić glögga (serwują go wszędzie) lub na ulicznym straganie w charakterystyczne biało-pomarańczowe pasy z logo mnicha kupić wspaniałe migdały w cynamonie. Mandle są jedną ze smakowych marek Tallina. Można dostać je nie tylko okraszone cynamonem, ale również skąpane w piwie i w wielu innych smakach.

JEDZENIE...
A skoro już mowa o jedzeniu, to wśród licznych restauracji i knajp serwujących kuchnię włoską, kuchnię chińską i kuchnię fusion, warto poszukać tych, serwujących dania i przekąski typowo estońskie. Czego szukać konkretnie? Głównie dań na bazie ryb – na przykład śledzia, ziemniaków, chleba, z dużą dozą kminku. W bistro Kukeke (po polsku „kogut”), położonym przy ul. Telliskivi 57 w dzielnicy portowej, dziś bardzo modnej i na wzór berlińskiego Prenzlauer Berg, stanowiącej miejsce życia i pracy bohemy: artystów, twórców, przedstawicieli rzemiosła artystycznego, zjadłam na przykład kanapkę z ciemnego chleba z masłem, cienkimi śledziami i jajkiem po benedyktyńsku, nakrytymi wielką czapą rukoli. Smakowało wspaniale.
Poszukiwacze mocnych wrażeń zaglądają natomiast do staromiejskiej restauracji Balthazar (adres: Raekoja plats 11). Wszystkie dania przyrządzane są tam na bazie czosnku. Na deser można dostać nawet lody czosnkowe! (Takie same serwuje się chyba już tylko w Kalifornii na festiwalu czosnku...).

Miłośnicy piwa nie będą zawiedzeni. Tallin obfituje w puby, w których najciekawiej czas spędza się podobno w środy i w soboty. Nie wiem, bo ja akurat za piwem nie przepadam, ale podczas mojego krótkiego pobytu w Tallinie poznałam Finów, którzy odwiedzają stolicę Estonii dwa razy w miesiącu dla pysznych trunków i dobrej zabawy. Rejs z Helsinek do Tallina (i w drugą stronę) trwa zaledwie dwie godziny i taką usługę świadczy wielu przewoźników (więcej: Promy).

POROZUMIEWANIE SIĘ...
W Tallinie właściwie każdy może czuć się komfortowo. We wszystkich środkach komunikacji, na wszystkich dworcach i ważniejszych węzłach informacje podawane są po estońsku i rosyjsku, a do tego po angielsku. I praktycznie każdy mieszkaniec miasta, niezależnie od statusu społecznego, jest w stanie komunikować się po angielsku. Nie uciekają z krzykiem. Wręcz przeciwnie. Chętnie i z wielką serdecznością pomagają. Serdeczność się wzmaga, gdy dowiadują się, że rozmawiają z Polakiem. Polaków lubią bardzo. Oczywiście doskonale dogadują się też ze Szwedami i Finami, których traktują jak braci. Każdy zapytany na ulicy o swoją tożsamości tallińczyk powie bowiem, że należy do grupy narodów nordyckich.
Tu krótka anegdota.
Kiedy ja zwiedzałam Tallin, a było to w czerwcu, rosyjska dyplomacja wysyłała akurat międzynarodowe sygnały o tym, że ma zamiar bronić interesów swoich mieszkańców na Ukrainie i w Estonii. Rosyjska ludność Tallina odpowiedziała na nie natychmiast. W specjalnej odezwie poinformowali władze rosyjskie, że w Estonii czują się dobrze a ich interesy są świetnie zabezpieczone. I proszą, by nie oferować im pomocy. To ciekawe, bo w Estonii żyje bardzo wielu Rosjan. Szczególnie w stolicy. Rosjanie kupują tu mieszkania i uzyskują obywatelstwo, które jest dla nich jednocześnie paszportem do Unii Europejskiej. To między innymi z powodu dużej liczby bogatych Rosjan wśród mieszkańców, zaledwie 400-tysięczny Tallin jest bardzo bogatym miastem.

KOMUNIKACJA MIEJSKA I TRANSPORT...
Aż 700 mieszkańców tego miasta jeździ Porsche! Luksusowe samochody to zresztą naturalna część krajobrazu Tallina.
Oczywiście nie trzeba jeździć Porsche, żeby w stolicy Estonii czuć się dobrze. Poszczególne części miasta są z sobą doskonale skomunikowane. Z pięknego, pełnego drogich hanzeatyckich kamienic śródmieścia z łatwością można dostać się wszędzie za pomocą trolejbusa (już pisałam, że mieszkańcy Tallina jeżdżą nim za darmo; turyści muszą uiścić opłatę za przejazd w wysokości ok. 1,5 euro). Doskonałym środkiem komunikacji jest także kolejka podmiejska. Stacja Balti Jaam znajduje się o rzut beretem od Starego Miasta. Stąd można w szybkim czasie dostać się do Kadrioru Park, pięknego parku pełnego fantastycznych zabytków i muzeów, na obrzeżach którego znajduje się KUMU!

I ZNOWU ZWIEDZANIE...
KUMU (www.kumu.ee/en/) to estońskie muzeum sztuki współczesnej, które leży na granicy założonego w XVIII wieku parku Kadrioru (takie nasze warszawskie Łazienki), utrzymanego w stylu francuskim i dzielnicy podobnej do warszawskiego Ursynowa. To wielki, niski, świetnie wkomponowany w okoliczny krajobraz rozłożysty bunkier, który okupuje spory kawałek miasta. Powstawało jako bliźniacza konstrukcja z muzeum w Helsinkach. Projektował je ciekawy architekt Pekka Vapaavouri.

Oprócz niewątpliwej przyjemności przebywania w środku tej ciekawej bryły, można tam cieszyć się zbiorami sztuki estońskiej, skandynawskiej oraz oczywiście licznymi wystawy czasowymi - malarstwem, instalacjami i wszelkiego rodzaju eksponatami z całego świata. Mnie akurat zależało, żeby obejrzeć wystawę czasową poświęconą projektowaniu książek, niestety większość eksponatów była rozczarowująca. Zamiast ciekawych artystycznych koncepcji obejrzałam dużo propozycji pewnych formalnych, technicznych rozwiązań, które kompletnie mnie nie interesowały. Jeśli to było wszystko, co najlepsze w estońskiej typografii i sztuce projektowania okładek w ogóle, to ja jednak wolę bardziej południowe motywy…
Warto natomiast z pewnością zobaczyć stałą ekspozycję sztuki estońskiej: Kumu

Nie wolno natomiast wyjechać z Tallina nie zajrzawszy do miejsca, które stanowi największą chlubę estońskiego muzealnictwa – Seaplane Harbour. Całkiem nowe, a już na pewno niezwykle nowoczesne muzeum morskie jest położone na terenach starego osiedla rybackiego, w północnej części miasta, nieco poza głównymi trasami komunikacji miejskiej (trzeba kawał przejść na piechotę, podjechać taksówką lub skorzystać z turystycznego busa, który jednak nie bardzo ma na względzie godziny odjazdów rozpisane w tabeli). To zresztą w niczym nie przeszkadza, bo Seaplane Harbour zaplanowano tak, żeby odwiedzający spędzili w nim wiele godzin. Oprócz olbrzymiej hali ekspozycyjnej są tam oczywiście sklepiki, restauracja itd. Ja nie miałam czasu z nich skorzystać, bo chłonięcie historii estońskiej żeglugi oraz marynarki wojennej wciągnęło mnie bez reszty. Przechadzki między minami morskimi, wizyta w środku olbrzymiej estońskiej łodzi podwodnej Lembit (jedyna istniejąca przedwojenna jednostka Marynarki Wojennej Estonii!! z 1938 roku), a także podziwianie lekkich omeg oraz nowoczesnych łodzi było dla mnie naprawdę dużym przeżyciem. Na koniec dałam się nawet namówić na latanie nad Tallinem w symulatorze lotu. To rozrywka dla tych, których nie mdli, kiedy szybko zmienia się perspektywa i kiedy obserwuje się na ekranie skutki przeciągnięcia w trakcie lotu… Ja dość słabo to zniosłam.
Muzeum powstało w 2012 roku i wzięło swoją nazwę od bazy samolotów lądujących na wodzie, która miała tam miejsce przed laty. Wszystkiego w Seaplane można dotykać, wszędzie siadać, a informacje zdobywa się z monitorów ciekłokrystalicznych umiejscowionych przy każdym z eksponatów. Więcej o muzeum morskim na: Seaplane

A JAK TAM DOTRZEĆ? I ile to kosztuje?
Nie jest łatwo dotrzeć do Tallinna, ale warto. Najszybszą podróż oferuj polski LOT. Rejs trwa niecałe 2 godziny, ale trzeba za niego zapłacić od 1,5 tys. do ponad 2 tys. zł. Nieco taniej upolować można bilet w innych dużych liniach jak Lufthansa (od 1,3 tys. zł w promocji), AirBerlin, FinnAir, Wizzair czy Ryan Air (trzeba lecieć przez Sztokholm lub Oslo). Podróż przedłuża się jednak i trwa już minimum 4,5 godz. Dość sensownym i tanim środkiem transportu jest też autobus. Kursuje tu – przez Wilno – linia Simple Express. Korzystając z dobrej promocji do stolicy Estonii można dostać się już za kilkadziesiąt zł. Kiedy byłam już na miejscu, wielu Estończyków mówiło mi, żebym kolejnym razem przyjechała samochodem, a po drodze zwiedziła m.in. Parnawę. Warszawę dzieli od Tallinna niecałych 1000 km.
Kiedy jest już się w mieście, warto wykupić TallinCard. Kartę można wykupić na 24, 48 lub 72 godziny. Za 24, 32 lub 40 euro zyskuje się: możliwość nielimitowanego podróżowania środkami komunikacji miejskiej, wstęp do ok. 40 muzeów, galerii i zabytków, przejazd turystycznym autokarem z przewodnikiem i dostęp do kilku jeszcze innych atrakcji oraz zniżki na liczne usługi.

Z trudem opuszczałam Tallin, bo nie zdążyłam zobaczyć jeszcze wielu miejsc, których istnienie miasto zaczęło przede mną odkrywać podczas mojego krótkiego w nim pobytu.
A wracając do szpiegowskiej atmosfery i nut, które zginęły mi po przyjeździe do Tallina… odnalazły się pod hotelowym łóżkiem ;-))












Trwa ładowanie komentarzy...