Szybko tracimy rozeznanie, co jest częścią odgrywanej w filmie sztuki, a co należy do rzeczywistości. Gra miłosna pomiędzy bohaterami sztuki potęguje się w niekontrolowany sposób. Wanda zachowuje się w sposób zaskakujący i nieoczekiwany. Przyciągając i odpychając reżysera, kokietując go i poniżając, uwodząc go i wyśmiewając, doprowadza do tego, że staje on przed nią całkowicie obnażony – choć to ona chodzi na scenie w samej bieliźnie.
Emmanuelle Seigner nie dotykając nawet marynarki Thomasa, doprowadza go do emocjonalnego i erotycznego uniesienia i„zdejmuje mu majtki” przed widzem. Obnażając jego duszę. Po półtorej godzinie widzimy Thomasa gołego: pozbawionego narzuconej mu przez życie społecznej maski, nieskrępowanego w formułowaniu swoich potrzeb, wykrzykującego w ekstazie najbardziej podniecające go fragmenty… żeńskiej roli, w szpilkach na stopach i szmince na ustach.
Thomas, który na początku filmu jest panem sceny, zostaje – niczym mitologiczny król Teb – ograny przez Dionizosa. Reżyser, który rozstawiał po kątach swoje aktorki, kończy przywiązany przez tajemniczą Wandę do pala i z kretyńską miną przygląda się, jak ta tańczy przed nim taniec Bachantek. Cierpiąc, wydaje się jednak szczęśliwy, jak nigdy wcześniej. Bo dzięki tej perwersyjnej relacji uwolnił swoją drugą naturę. Pofolgował swoim guilty pleasures.
Fantastyczna gra aktorów. Świetnie budująca atmosferę muzyka Alexandra Desplata. I oczywiście zdjęcia Pawła Edelmana.
A do tego po obejrzeniu „Wenus w futrze” i relacji z warszawskiego Marszu Niepodległości mam jeszcze jedną dodatkową refleksję. Refleksję niespodziewaną. Zastanawiam się od wczoraj nad tym, jakie skrywane pragnienia mają ci, którzy spalili tęczę w Warszawie. Co ich podnieca, czego się wstydzą? Co ukrywają? Do czego nie chcą się przed sobą przyznać? Jakim myślom oddają się, kiedy wieczorem leżą w łóżku? Jak zachowują się w stosunku do swoich życiowych partnerek (partnerów)? Jak się spełniają w swoich społecznych rolach. Kogo zgrywają? Kogo udają jeden przed drugim? Niezależnie od tego, jak bardzo głoszą swoją przynależność do społecznej normy, swoją „czystość” rasową i „poprawność” seksualną, oni też ulegają pewnym wewnętrznym impulsom i bodźcom, mają swoje perwersje i nie są święci. Trzeba być przecież kompletnie zboczonym, żeby stale fantazjować o paleniu tęczy. Spalono ją przecież nie pierwszy raz. Może ten, kto to zrobił, lubi bzykać pszczoły?
